Czekam na kolaudację mojej nowuniej, śliczniuniej telenoweli.
Czyli na pierwsze pokazanie nakręconych odcinków. Cała spięta jestem i zestresowana. Czuję się jak mamusia, wypuszczająca spod swych skrzydeł wychuchane, wypieszczone maleństwo, które właśnie po raz pierwszy wystąpi na szkolnym przedstawieniu.
Z fatalistycznym przeczuciem, że będzie tak, jak zwykle. Jak będzie dobrze, powiedzą „ale świetnie wyreżyserowane”, jak będzie źle, powiedzą „bo scenariusz do dupy”. Normalka.
Ale się denerwuję. A za późno, żeby po Nerwosol do apteki lecieć. Idę poszukać melisy w szufladzie. I wdech…i wydech. No jak nic, medytacja byłaby jak znalazł. Bo coś tak czuję, że to będzie kicha. No, przecież musi być, w końcu to telenowela, a nie Bergmann.
Już? No dobra, idę, trzymajcie kciuki, żeby była mała wtopka, takie podtopienie, powiedzmy, a nie powódź:-)