Pospiesznie, bo zdaje się, że Lola wreszcie wyszła spod prysznica i możemy ruszyć. Od wczoraj mamy na tapecie Yellowstone. Nie ma możliwości, żeby zobaczyć park w ciągu jednego dnia, jest gigantyczny, a atrakcje porozrzucane na dużym obszarze. Wczoraj dojechaliśmy do hotelu przed 23 i nieżywi padliśmy na łóżka, dlatego dzisiaj zbieramy się powolutku. Yellowstone zachwyciło mnie najbardziej ze wszystkich dotychczas odwiedzonych miejsc. Może dlatego, że w przeciwieństwie do nawet najbardziej malowniczych skał, tętni życiem. Na ogromnych preriach i kolorowych nadrzecznych łąkach pasą się stada jeleni i bizonów, rzeki meandrują w dolinach i spadają wodospadami z gór, nawet białe, dymiące obszary termalne nie wydają się martwe ze względu na kolorowe dywany bakterii (amatorek siarkowodoru) i bulgocące wesoło wrzące źródełka. Nie wspominając o tym, że temperatura nareszcie idealna, 22 – 25 stopni, więc oddycham z ulgą. Wczoraj widzieliśmy piękny wodospad w kanionie Yellowstone, obszar gejzerów Norris i fascynująca formację zdaje się kalcytową, która wyglądała jak Pammukale w miniaturze.
Dzisiaj więcej gejzerów. I bizonów. Pędzę, bo mnie popędzają.