streszczenie pierwszego tygodnia

Miałam sielską wizję, że co wieczór będę siadać w hotelu i wiernie spisywać nasze fascynujące przygody. Rzeczywistość okazała się oczywiście bardziej skomplikowana. Przez pierwsze dni z powodu jet laga padałam na nos. Przez następne z powodu wyczerpania/późnego dojazdu/braku zasięgu pisanie odpadało. I tak minął pierwszy tydzień WAWa.

Musze przyznać, że bardzo, ale to bardzo lubię podróżować po Stanach. To jest niesamowicie przyjazny turystom kraj. Drogi są genialne, można bez zmęczenia pokonywać ogromne odległości, cała  infrastruktura jedzeniowo/hotelowo/parkingowa działa bez zarzutu, a Amerykanie w trasie są otwartym, rozmownym ludkiem. Przez cały rok nie weszłam w tyle rozmów i relacji międzyludzkich jak przez ten tydzień.

Wylądowaliśmy w Los Angeles, z którego natychmiast uciekliśmy. Jesteśmy typowo outdorowym towarzystwem i duże miasta wykańczają nas po kilku godzinach. Następnego dnia dotarliśmy do parku sekwoi. Zaiste, imponujące drzewka. Niestety, nie mam jak wrzucać zdjęć, bo mąż zapomniał kabelka, więc fotki będą po powrocie.

Następnie ruszyliśmy na wschód w kierunku miasta grzechu i rozpusty. Młodzi podsumowali, że Las Vegas kojarzy im się z parkiem miniatur w Krajnie, tylko bardziej świecącym. Taka wylewająca się tandeta. Usiłowaliśmy wepchnąć ich w szpony hazardu, ale okazało się, że jako nieletni (Misiek też, bo poniżej 21 lat) nie mogą nawet przepuścić kasy w jednorękim bandycie.

Dlatego bez żalu porzuciliśmy kasyna i po obejrzeniu tamy Hoovera śmignęliśmy przez bezdroża i pustynie do Arizony, do Sedony, okrzykniętej najpiękniejszym miastem USA, i do Wielkiego Kanionu. Dwadzieścia lat temu oglądaliśmy z mężem Wielki Kanion, ale od drugiej, znacznie mniej interesującej strony. Południowa krawędź zapiera dech w piersiach, czasami dosłownie (czy wspominałam, że mam lęk wysokości?).

Później przejechaliśmy przez największy rezerwat Indian Nawajo i Dolinę Monumentów aż do pęczka najfajniejszych parków narodowych Utah – Archies, Capitol Reef, Bryce Canion i Zion. Jesteśmy w połowie oglądania i chyba powolutku zaczynam rzygać skałkami, w choćby najpiękniejszych kształtach i kolorach. Trochę dobijają mnie skoki temperatur – wczoraj wieczorem było 13 stopni, dzisiaj zapowiadają 38. Mam nadzieję, że nie dopadnie nas angina.

Za kilka dni największa trakcja wyjazdu – zaćmienie słońca!

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s