Jutro mam całodniową wizytę (wizytację?) teściów. Plus siostra męża z rodziną na dokładkę. A w niedzielę – komunię mojego ulubionego siostrzeńca. Co gorsza, w przypływie uczuć rodzinnych siostra uczyniła mnie niegdyś jego chrzestną. I podwykonawczynią usług piekarniczo kulinarnych na przyjęcie komunijne.
W związku z tym moja lista na dzisiaj wygląda tak:
kraw.szmata
kosm. paznok.
wszys. do ciasta
i na grill. piersi? papr. węg.?
denty.
lek.
apt.
kosz. tr.
posprz.
Misiek urodz. kol.
Lola – wyciecz. odebrać
Gdyby nie moje listy, czułabym się zagubiona. A w taki dzień jak dzisiaj po prostu bym przepadła w wirze zadaniowo organizacyjnym. Z mojej torebki nieustannie wysypują się listy zadań, zakupów, planów i Bardzo Ważnych Spraw. Bez nich czuję się jak dziecko we mgle. Każde zadanie dopiero gdy jest wciągnięte na którąś z rozlicznych list nabiera mocy urzędowej.
Teraz tylko muszę zrobić listę B, żeby ustawić to wszystko po kolei: czy najpierw kosz. tr, czy tez nie zdążę i muszę jechać do lek. a potem do apt., a potem dopiero kosz. I kiedy zacząć piec te cholerne ciasta? Mam nadzieję, że teściowie wybiorą się jutro po grillu na dłuugi spacer, bo inaczej będzie kicha. I nie zdąże z kraw. szmata, co oznaczałoby brak baldachimu na huśtawkę podczas wizyty teściów. Jakże to tak, takie niedopatrzenie?
Cała spięta, mogę wykreślić przynajmniej: poskarż. się na bl.