O urokach życia w domu

Taka śmieszna sprawa z tym domem. Nie masz go i myślisz – kurde, ptaszki za oknem, kwiateczki na grządkach,kawa na tarasie, strych na graty, duża szafa, no i jakoś tak tradycyjnie by było, syn, dom i drzewo…..

Potem budujesz dom. Po 18 latach strych zawalony gratami, w szafie nie ma miejsca nawet na skarpetkę, ptaszki srają do kawy na tarasie, a drzewo daje tyle cienia, że kwiateczki zdechły.

Wprowadzaliśmy się szybko i biednie. Na podłodze beton, zamiast drzwi do łazienki stary obrus, bez mebli, zasłon i większości oświetlenia. Pooowolutku, w miarę możliwości, wykańczaliśmy. Po dziesięciu latach rozejrzałam się i z satysfakcją oznajmiłam, że udało nam się skończyć i gniazdko już gotowe (no co, to był naprawdę wieloetapowy i rozłożony w czasie projekt). Po czym rozejrzałam się jeszcze raz i z osłupieniem odkryłam, że właściwie nasz-właśnie-skończony-dom tak jakby zaczyna kwalifikować się do remontu.

I teraz to już taka wieczna zabawa. Jak w jednym miejscu przyklepiesz, w drugim się sypie. Czasem melancholijnie rozmyślam, czy nie byłoby taniej po prostu mieszkać w hotelu.

O ile jednak mój stosunek do remontów jest jednak pełen pogodnej rezygnacji, mąż prezentuje do nich podobne podejście, jak kościół do LGBT. I oczywiście – żadne naprawy nie są konieczne. I co ja w ogóle wymyślam, że kuchnię chcę zmieniać po raptem osiemnastu latach, jak ona przecież nóweczka i lśni dziewiczym blaskiem. I naprawdę, fakt, że sałata mi gnije po dwóch dobach w starej lodówce, że mój elektryczny piekarnik rozgrzewa się pół godziny do 180 stopni, że wszystko zewsząd wypada mi na głowę albo na nogi i że niemal wszystkie szafki trzymają się na srebrną taśmę, spinacze i słowo harcerza, zdecydowanie nie kwalifikuje tego sympatycznego pomieszczenia do jakichkolwiek zmian. Zwłaszcza, że te fronty, który robił pan Bronek spod Kielc 19 lat temu, nadal świetnie się trzymają. Fakt. Na srebrną taśmę, ale trzymają się jak złoto.

Ale nie ma tak. Kto gotuje, ten stawia warunki. I ja tak dłużej nie mogę. I co on sobie myśli. I mam dość i w ogóle no bez jaj i cicho tam, bo jaki człowiek, takie marzenia. (Czy warto w tym momencie wspomnieć, że marzeniem męża jest posiadanie symulatora golfa, co wymagałoby dobudowania dodatkowego pomieszczenia? No własnie, sami widzicie, kto w tej rodzinie jest realistą.)

Mam zamówione fronty. Białe. Bo zawsze chciałam, a kto bogatemu zabroni. Blat, dla odmiany z ciemnego drewna, żeby mi do stołu pasował. Nie-wiem-co-pomiędzy. Czyli co nad blatami – szkło  mi się przestało podobać, farba się nie sprawdzi, bo ja chlapię przy gotowaniu jak łajno w wiatraku, więc pewnie płytki, ale nie wiem, jakie. Chciałabym takie betonowo szare, ale mamusia mówi, że beton jest fuj. Posłuchać mamusi?

I kurde, zrobię tę kuchnię i będę cała szczęśliwa i tęcza i jednorożce.

Jak już przebrnę przez koszmar wybierania piekarnika, lodówki, zlewu i okapu oczywiście. A decyzyjność u mnie ostatnio kuleje i zawieszam się nawet przy wyborze śliwek na ciasto. Ale przecież muszę zrobić tę cholerną kuchnię, żeby przez moment usiąść, nacieszyć się życiem i móc zapomnieć o tym, że okno w łazience, że podłoga w garażu, że łazienka……..No i że ten hotel zaczyna mi się jawić ostatnio jako miła perspektywa.

6 myśli na temat “O urokach życia w domu

  1. Mieszkanie w bloku od 6 lat woła o remont. Po 20 latach pokruszyły się wylewki podłogowe i parkiet „chodzi”.
    Pomyślę o tym „jutro”. Jak Scarlett 😉
    Szare płytki jestem w stanie sobie wyobrazić. Ale beton kojarzy mi się z wżartym podczas gotowania tłuszczem… Pewnie są impregnaty i środki czyszczące, nie jestem na bieżąco, bo dla mnie markety budowlane to czyściec na ziemi…

    Polubienie

    1. Rozumiem i poniekąd podzielam „ideologię Scarlett”:-) No ale do licha, kiedyś trzeba wziąć na bary te wypadające z szafki miski i szklanki:-) Masz rację z tym betonem, chociaż ja na razie mam dość mglista wizję raczej płytek w tym kolorze. Muszę się wybrać do Leroy, z dużym wstrętem, bo też mnie to wyczerpuje jak maraton…zobaczę, co tam mają. Ale dzięki za konsultację:-)

      Polubienie

  2. Jestem świeżo „po” remoncie kuchni. Stan błogi. Warto! Na 18tkę sobie strzeliłam, wiem co czujesz. Niczego nie żałuję…no dobra paru drobiazgów…. ale oficjalnie niczego. Uważaj bo temat zlewów zrobił się skomplikowany, nie doceniłam drania. Materiałów mam na pracę naukową. Ale warto, oj warto.

    Polubienie

    1. Przepraszam, że z opóźnieniem – na wakacjach byłam. Jestem własnie na etapie zlewu i mam oczy jak pięć złotych. Czysta panika:-) Najokropniejsze w remoncie jest podejmowanie decyzji, z którymi później trzeba będzie życ pewnie przez następne ćwierćwiecze:-) A cokoły jakie? A listwy? A płytki? Rany boskie, jestem wykończona, a jeszcze nic nie zaczęli robić…

      Polubienie

  3. uwielbiam moj zlew. duzy, gleboki. dziecko mozna w nim wykapac. i co najwazniejsze – brudnych naczyc naprawde musi duzo byc, aby bylo je widac z odpowiedniej odleglosci 😀

    Polubienie

    1. O rany, moje dzieci w zlewie się nie zmieszczą:-) Ale argument z brudnymi garami przedni! Zaraz będę właśnie szukać po internetach, uwzględnię odpowiednią do ukrywania naczyń głębokość:-)

      Polubienie

Odpowiedz na Aga Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s