Może by tak poczerpać korzyści?

– Na blogach ponoć można nieźle zarobić – poinformował mnie mąż usłużnie, kiedy znowu narzekałam na moją pracę, a raczej jej brak.

Oczywiście natychmiast tapnęły mną wyrzuty sumienia, że porzuciłam pisanie bloga. Rodzina zaprzestała już pytań, zrezygnowana (a może odetchnęli z ulgą?). Ja starannie omijałam wzrokiem zakładkę w laptopie, i tłumiłam jakieś resztki dawnych odruchów – O, muszę o tym napisać!- 

Ale to mogłaby być niezła motywacja, no nie? Zrobiłam więc krótki risercz w temacie i takie mam wnioski:

– Na dzieciach mogłam faktycznie zarobić, ale niestety są już za stare. Nie da się ich ubrać w białe ubranka firmy Y i upozować na plecionym ręcznie dywaniku firmy X na tle zestawu rozwijających intelektualnie klocków Z. 

– Blogi modowe ponoć nieźle funkcjonują. Niewiele czasu potrzebowałam jednak na wniosek, że istnieje raczej ograniczona ilość konfiguracji stylistycznych w obrębie zestawu dżinsy – trampki – bluza z H&M. No a w wiarygodność moich stylówek w sexi botkach na obcasie, gustownie zestawionych z bryczesami i śliwkowym żakietem trudno bedzie uwierzyć komukolwiek. Trudno. – 

– Blogi kosmetyczne wydają mi się zbyt skomplikowane. Półstronicowa analiza zalet szamponu budzi we mnie niepokój, a rozważania o wyższości lewoskrętnej witaminy C w kremie nad tą w drugą stronę wprowadziły mnie kiedyś w stan długotrwałej katatonii. No i nie znam się w cholerę.

– Blogi ksiażkowe – i tu mi oko błyska mimowolnym zainteresowaniem – nie zarabiają jednakowoż, dostają co najwyżej książki do recenzji. No a umówmy się, książki to ja i tak na czytniku czytam, bo mi się w domu półki skończyły.

– Blogi kulinarne są niewątpliwie inspirujące i jako jedyne wydają mi się szalenie pożyteczne. Bo sam przepis to mało, trzydzieści komentarzy osób, które same go sprawdziły, robi najlepsza robotę. Niewykluczone, że kilka najlepszych rzeczywiście zarabia jakąś kasę, reszta dostaje pewnie mikser i żelatynę do testowania. No i jak miałabym chudnąć, piekąc i gotując bez przerwy?

– Zostały jeszcze blogi lajfstajlowe. Z pobieżnego przeglądu wywnioskowałam, że faktycznie można na nich zarobić i to całkiem nieźle. Ale ja przepraszam, każdy z tych blogów przypomina mi magazyn Weranda Country w poczekalni u mojej dentystki. Upozowane zdjęcia, upozowani ludzie, wszystko śliczniunie takie, że hej, a treść, z całym szacunkiem, płytka zazwyczaj jak Zatoka Pucka. 

No i tak wertowałam sobie w zadumie właśnie mi poleconego bloga znajomego znajomego. Zdjęcie talerza z małżami – „nigdzie małże nie smakują tak dobrze, jak nad brzegiem morza śródziemnego o zachodzie słońca przy wtórze dzwonków osiołków” – zdjęcie dziwnych form odlanych z gipsu – „podróżując po Lazurowym Wybrzeżu pochylamy się z zadumą nad przekazem płynącym z monumentalnego dzieła słynnego artysty”- zdjęcie niezwykle stylowej i kunsztownie rozwichrzonej blondynki – „Chwila zachwytu. oszołomienie. piękno”. Taki w sumie, bądźmy szczerze pretensjonalny i pseudointelektualny, acz dekoracyjny bełkot.

I myślę, że to też nie dla mnie. Moje chwile zachwytu dotyczą raczej skuteczności proszku do prania na białych skarpetach, medytacje nad zawartością talerza – ile od tego przytyję, a oszołomienie przeżyłam ostatnio po zobaczeniu rachunku za prąd. Kicha. Jestem za mało lajfstajlowa.

Chyba muszę jednak znaleźć inny dochód, a do bloga wrócić, jako do formy relaksu i komunikacji z fajnymi ludźmi. Bo jednak brakowało mi tego. A co tam. Wracam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s