Bolonia

No ale to było podłe. Serio. Wyobraźcie sobie, że w Bolonii mieliśmy niższą temperaturę niż w Polsce i słońca parę godzin w sumie. Kurtki nawet raz nie zdjęłam (szlocha rozdzierająco). Nic dziwnego, że z żalu ciągle piłam. No i jadłam. Bolońskie knajpy mają najlepsze jedzenie we Włoszech – przynajmniej takie są moje wnioski po trzech dniach wciągania tagliatelle, tortellini i pizzy. Chodziłam więc notorycznie przejedzona i na lekkim rauszu, podziwiając te wszystkie stare mury, arkady i freski. Bardzo lubię we Włoszech to, że współczesność jest tutaj tak ściśle zapleciona z przeszłością. Oni beztrosko sobie żyją wśród tych bezcennych piętnastowiecznych zabytków, ciągle je wykorzystując, nie otaczając łańcuchami, ogrodzeniami i szkłem. Po prostu życie toczy się dalej, jak przez ostatnie kilka wieków. Poza tym okazało się, że znam włoski. To znaczy, nie znam, poza kilkunastoma lekcjami z Duolingo w internecie, ale kiedy pani w Oratorium świętej Cecylii zaczęła nam opowiadać historię fresków na ścianach – fakt, że starała się mówić powoli jak na Włoszkę – odkryłam, że wszystko rozumiem. Ale może to przez to wino…

Bolonia jest piękna, w takiej dość mikro skali, bo wszystko można oblecieć na piechotę, ale piękna i przyjazna.  Ma przepiękne kościoły. Najbardziej podobał nam się kościół świętego Stefana, złożony z labiryntu posklejanych ze sobą budowli i małych dziedzińców. Wypatrzyliśmy tam jedynego kota w Bolonii – zakładam, że reszta uciekła tam, gdzie jest cieplej, bo to mądre zwierzęta. Za to bolońskie psy – a w tym mieście chyba wszyscy maja psy – nosiły zazwyczaj stylowe płaszczyki i ortaliony. Widziałam nawet pieska bolończyka w srebrnej puchówce.

Pół  miasta można oblecieć nie wychylając nosa na słońce (jakie słońce!!!?), bo chodniki są przykryte arkadami. Gdzieniegdzie można się poczuć jak w Wenecji, patrząc na domy zawieszone nad kanałami. Znakiem rozpoznawczym Bolonii są dwie krzywe wieże, zbudowane w XII wieku przez rywalizujące ze sobą rodziny szlacheckie. Jedna jest bardziej krzywa, za to druga wyższa i w dodatku można na nią wejść całe 500 (pięćset!!) stopni. Oczywiście mąż uznał, że to cudowny pomysł i koniecznie musimy zobaczyć panoramę masta. Po raz pierwszy doceniłam te trzy miesiące siłowni, bo okazało się, że wlazłam bez śladu zadyszki i bardzo byłam z siebie dumna (a kilka lasek po drodze wymiękło, nawet takich dwa razy chudszych ode mnie, phi).

Chociaż dziś akurat zebrało mi się na czytanie tych naklejek na siłownianym orbitreku i trochę się zaniepokoiłam. „Nadmierny wysiłek fizyczny grozi problemami zdrowotnymi a nawet śmiercią” – głosił jeden z napisów. Na wszelki wypadek nie ruszam się od paru godzin z kanapy, aby zniwelować ewentualne szkody zdrowotne….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s