Asia w golfie

No i stało się. Odbyłam pierwszą lekcję golfa. W jakiejś mrocznej piwnicy, którą mąż był uprzejmy nazwać symulatorem gry. Martin, mój instruktor z Południowej Afryki (golf nie zna granic ni kordonów), był brodaty, słodki i niesłychanie optymistycznie nastawiony. You are natural! – krzyczał z entuzjazmem, kiedy majtałam kijem z prawa na lewo usiłując nie uszkodzić siebie ani Martina. – Wonderful! – podziwiał bezwzględną, aczkolwiek chaotyczną siłę moich ciosów pałką, to jest znaczy, tym…kijem.

Poinformowałam go wprawdzie chłodno, że jest fizjologicznie niemożliwe, żeby równocześnie wypychać zadek do tyłu, uginać kolana, usztywniać ręce, rozluźniać nadgarstki, balansować w lewo i robić L z łokcia, ale wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Mąż musiał mu chyba sporo zapłacić, bo Martin tylko rozpaczliwie wywracał oczami, kiedy po raz dwudziesty nazwałam podstawowe narzędzie golfisty stick, a nie club i w desperacji przechodził na łamaną polszczyznę. Co było zupełnie bez sensu, bo po angielsku golf brzmi odrobinę lepiej. Nie wiem dlaczego, ale jak słucham o uderzeniach paterem, czipowaniu i robieniu bogeya, robi mi się tak mdło w środku, jak wtedy, gdy ktoś mówi „ubierz kurteczkę” albo „mając siedem lat, mama kupiła mi kanarka”.

Mam zakwasy w łokciu i lewej pięcie, a poza tym boli mnie tak ogólnie wszystko. Ale mąż jest tak szczęśliwy, że aż miło patrzeć. Myślę, że w duszy już widzi nas obydwoje przemierzających ramię w ramię rozległe zielone pola od dołka do dołka. Powiedzieć mu już, że raczej nie? Czy niech się jeszcze chłopak cieszy?

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s