wakacje z nornicą

Ewarub – czuję się skarcona:-)

Nie że nie chce mi się…no dobra, prawda nas wyzwoli – nie chce mi się.

Ale jakoś tak cały lipiec upłynął mi na wiśniach, bliźniętach i rozmowach z nornicą.*

*zaraz wyjaśnię, spoko

A sierpień siłą rozpędu – prałam, pakowałam, rozpakowywałam i znów prałam zgodnie z harmonogramem wyjazdów małoletnich i męża, zbierałam zgniłe śliwki i ślimaki bez skorupy, myślałam, żeby posprzątać, czytałam, wpadłam w ostrą fazę serialu Stranger Things i tłumaczyłam mężowi, dlaczego nie powinien mi kupować książek Kinga.

No, pełne ręce roboty.

Wiśnie – wiadomo. Nasza malutka, wciśnięta w kąt ogrodu wisienka miała kurde jakąś epifanię w tym roku i odkryła, do czego służą te kwiatki, co je wiosną wypuszcza. Znienacka wyprodukowała oszałamiające kilogramy wiśni, które mozolnie przebierałam, drylowałam i zamieniałam na słoiczki dżemu i nalewek. Po tygodniu, kiedy zamknęłam oczy, miałam ten sam objaw, co po wakacyjnej pracy w przetwórni truskawek – setki czerwonych plamek pod powiekami…

Bliźnięta z kolei wypadły mi przypadkiem. Oj, to nie zabrzmiało dobrze, ale wiecie, o co chodzi. Koleżanka osiadła na chwilę w bliskim sąsiedztwie, urodziwszy miesiąc wcześniej bliźniacze wcześniaczki. Jak tylko zobaczyłam je na fejsbukowych zdjęciach, złapałam za telefon i zapytałam nachalnie: czy mogę się pobawić twoimi dziećmi?

Koleżanka nieco zmęczona samotnym zdublowanym macierzyństwem (tatuś musiał wyjechać do roboty) nawet się nie zgorszyła doborem słów, tylko w krótkich żołnierskich słowach kazała mi przyjechać natychmiast. Miałam więc upojny tydzień zabawy żywymi lalkami: przebierałam, karmiłam, nosiłam i woziłam w wózeczku, ciesząc się niepomiernie, że później wracam do domu, gdzie w nocy budzą mnie tylko koty (które ostatecznie mogę celnym kopem posłać pod ścianę, czego NIE polecam przy bliźniętach).

A nornica ostatecznie okazała się całkiem rozsądna. Kiedy odkryłam siatkę korytarzyków na mojej świeżo założonej grządce azalii, filozoficznie uznałam, że jakoś się pomieścimy, ja i nornica. Ogródek wszak spory. Kiedy jednak po kilku dniach zauważyłam dziury wyłażące z grządki i zmierzające na środek trawnika, uznałam, że czas wyjaśnić nowo przybyłej reguły gry: ty się mieścisz w wyznaczonych granicach, ja ci daję spokój. To generalnie u mnie działa: ślimaki mogą żreć funkie, ale nie sałatę, mszyce mają miejscówkę na jaśminach, ale z róż przeganiam.

 W nocy nornica znowu poszerzyła terytorium. Poprosiłam o pomoc koty, ale prychnęły z pogardą i siadły przy lodówce, czekając na gotowe. Z westchnieniem poszłam do sklepu, poszukać jakiejś trutki. I tak stałam przy regale i czytałam kolejne zachęcające ulotki: szybka mumifikacja, śmierć po kilku dniach, gryzonie chętnie jedzą i szybko padają…..

No i oczywiście, kurde, włączyła mi się wyobraźnia: nornica zjada. Resztką sił wlecze się do gniazda, gdzie mumifikuje się jak Ramzes II. Naokoło stoi gromadka norniczych dzieci, żałośnie kwiląc nad zmumifikowanymi zwłokami matki.

Nie kupiłam. Nornica jednak bezwzględnie zmierzała do grządki ze świeżo wsadzoną winoroślą, ponoć przepyszną. Chciałam się o tym przekonać osobiście, więc tak jakby zależało mi na ocaleniu krzaczka.
Wróciłam do sklepu. Kupiłam. Siadłam nad najnowszą dziurą z puszką trutki  i zwięźle roztoczyłam przed nornicą moje mroczne wizje. Zasypałam wszystkie dziury poza tymi na grządce. I czekałam, niemal jak macocha Śnieżki, z zatrutym jabłuszkiem w garści.

I wiecie co? Załapała. Nosa nie wychyla z wyznaczonego terenu. Niektórym to jednak trzeba łopatologicznie…

A co do rozrywek sierpniowych – Bardzo, bardzo polecam Stranger Things wszystkim powyżej czterdziestki, a przynajmniej tym, którym lata osiemdziesiąte kojarzą się już filmowo/rozrywkowo. To w sumie horror jest, ale za bardzo kojarzył mi się z E.T., Goonies i wczesnym Kingiem, żebym mogła się bać. Świetna scenografia, nie-za-ładni aktorzy i cudownie histeryczna Winona Ryder.

A propos Kinga – jeśli mąż kupi mi znowu Kinga, w odwecie kupię mu nową serię Michalak! Z Kingiem u mnie jak z majtkami – z takich intymnych zakupów nie robi się prezentu!

W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy wreszcie na wakacje. No. Najwyższy czas.

Żeby nie było, że nie piszę, bo mi się nie chce.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s