wakacje

Uff, już się otrząsnęłam z wyrzutów sumienia. Bo wiecie, okropnie mi przykro, ale ta przegrana naszych to moja wina. Przynajmniej tak twierdzi mąż. Wszystko przez mój niewyparzony jęzor. Chłopcy siedzieli na kanapie, hipnotycznie wpatrzeni w te karne czy co tam się strzela, jak im wcześniej nie wyszło. My z Lolą dla towarzystwa siedziałyśmy obok i półgłosem gadałyśmy. Akurat tłumaczyłam córce, co to jest prawo Murphy’ego.  – No wiesz, reguła jest taka: jak coś może się nie udać, to się nie uda –

Oczywiście, w momencie, kiedy wybrzmiało to zdanie, Błaszczykowski nie strzelił…..

A mąż wydarł się na mnie tak…no ostatni raz się tak wydarł, jak mu wywaliłam Strasznie Ważny Świstek. A, no i jak wtedy, gdy odmówiłam wejścia do kolektury, kiedy on miał akurat przeczucie, że wygramy trzydzieści milionów. A przecież te trzydziesci baniek ustawiłoby nas do końca życia.

Bo to moja wina i trzeba myśleć, jak się coś takiego mówi w takim momencie.

No dobra, naprawdę wszystkich was bardzo przepraszam, nie chciałam.

Ale miałam tak wyczerpujące tygodnie, że to usprawiedliwia moja bezmyślność. Pomijam fakt, że w temperaturze powyżej 26 stopni mózg zamienia mi się w galaretę, tkanka tłuszczowa roztapia się i zalewa mięśnie, które stają się całkowicie bezwładne, impulsy nerwowe zamierają  i uaktywniają mi się te same geny, co u świeżych zwłok.

Ale zakończenie roku razy dwa, bal szóstoklasisty, wożenie papierów do gimnazjum, załatwianie wyjazdów wakacyjnych dzieciątek…no powiem wam tylko , że posiadanie niemowląt ma swoje dobre strony.

Zakończenie roku u Loli trwało TRZY godziny. Trzy godziny w sali gimnastycznej bez przewiewu, w temperaturze 35 stopni. To była moja życiowa pokuta za to, że olewałam małoletnich koncertowo i od dawna na żadne zakończenia nie chodziłam.

Bal szóstoklasisty był organizacyjną masakrą. Wystarczy tylko nadmienić, że po godzinie leciałam do pobliskiego sklepu wykupić za własną kasę zapas jednorazowych kubeczków, bo ktoś nie pomyślał….

Ale tak – Misiek zdał nieszczęsną matmę i dostał zadziwiająco przyzwoite świadectwo. Lola wybrała gimnazjum w pobliskim miasteczku (włoski na rękach mi się jeżą na myśl o codziennym dowożeniu jej w dzikich korkach) i ponieważ świadectwo ma też przyjemne dla oka, pewnie się tam dostanie.

Za dwa tygodnie Lola wyjeżdża na swój ukochany obóz teatralny, za trzy Misiek pierwszy raz w życiu jedzie sam do angielskiej szkoły językowej – w sensie pierwszy raz sam za granicę i od razu z grubej rury musi wykonać różne skomplikowane logistyczne operacje, żeby się dostać do tego miasteczka.

Upał zelżał, koty znów zaczęły jeść, my niestety też.

A niestety początek lata to dla mnie osobisty dramat i ciągła walka. Tygodnie bobu, czereśni, młodej fasolki, młodej kapustki…..

Mój umysł stacza codzienne bitwy z moim żołądkiem. Płat odpowiadający za łakomstwo jęczy i żebrze na starganie z warzywami, a żołądek chichocze mściwie, prorokując kolejne porażki. Po młodej kapuście umieram dwa dni, czereśnie zabijają mi wieczór, bób składa mnie w precel z bólu, a szparagowa idzie w pakiecie z trzema tabletkami Nospy.

Dlaczego, ach dlaczego nie mam szesnastu lat i żołądka zdolnego wytrzymać wyzwania wczesnego lata kulinarnego?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s