wyje mi

Pan mi wyje. No jak tu się skupić, jak bez przerwy coś mi wyje.

Od niedzieli wiatr. Nie tylko w kominie, niestety. Wyje jak wściekły w każdym możliwym zakątku. Więc syreny też wyją. Bo wiatr. I drzewko spadło. Daszek się zerwał. Gałąź się gibie. A nasza lokalna straż ma nową siedzibę z nową syreną. Strasznie lubią sobie powyć chłopaki.

Psy też wyją. Bo wiatr i się boją te nieszczęsne jorkopodobne mikromopy, puszczone luzem przez cały dzień w sąsiednim ogródku. Chyba im neospazminę zapodam, bo oszaleją, a ja z nimi.

Teraz pan mi wyje, bo pierze kanapę. Uznałam, że już czas usunąć warstwę kłaków, wylanych herbatek, posiłków małoletnich i piasku z kocich łap. Pan wyje tak już od godziny, kanapa mokra, a przede mną bolesna perspektywa wieczoru BEZ kanapy. Chyba się pochlastam.

A, koty też wyją, bo dostają świra odwiatrowego. Non stop kolor mam zdublowane żądania – wejść- wyjść-wejść-jeść-wyjść- nie, jednak ratunku, bo wiatr mierzwi futerko -wejść-jeść. Chyba zima będzie ciężka, bo żrą jak opętane, nawet arystokratycznie szczupła Inka. Dzisiaj rano wyszłam z domu na godzinę, a gdy wróciłam, Inka starannie wylizywała łapki, siedząc na kuchennym blacie. A przed nią, rzecz jasna, ostatnie cztery kawałki ciasta marchewkowego z polewą twarożkową. A nie, wróć, BEZ polewy twarożkowej. Nawet nie wyglądała na skruszoną. Przez chwilę rozważałam, czy nie zjeść pozostałego ciasta, no ale w sumie ja też uważam, że polewa jest najlepsza. Świnia, nie kot, mogła choć jeden kawałek zostawić.

Małoletni wyją (choć przyznaję, że cichutko), że nie chcą do szkoły. Listopad to jednak strasznie długi miesiąc i nawet Dzień Niepodległości nie ratuje sytuacji.

A ja wyję co kwadrans, posługując się prawą ręką – w sumie, jakby nie patrzeć, dość często niezbędną do wielu czynności. Nie wiem, co za idiota wymyślił określenie „łokieć tenisisty”. Ostatni raz grałam w tenisa jakieś dwadzieścia lat temu, więc to raczej nie długofalowe skutki uprawiania sportu. A boli, czasem tylko troszkę, czasem jak cholera. W sumie do bólu w zasadzie można się przyzwyczaić. Ale najbardziej upierdliwy jest połowiczny zanik władzy w tejże ręce, co skutkuje dziwnymi okrzykami przy próbie utrzymania kubka z herbatą, posykiwaniem przy grabieniu ogrodu i jękami przy zagniataniu kopytek. O pisaniu na laptopie nie wspominając. Waham się czy iść do ortopedy, odkąd przeczytałam, że to schorzenie jest jak katar, leczone, czy nie, samo przechodzi – tyle, że po paru miesiącach. No to właśnie, ten tego…jakby długo trochę. Może mnie szlag z irytacji trafić w międzyczasie. A tam, pójdę, będę miała poczucie, że się leczę przynajmniej, no nie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s