Oto moja historia…

„Moje ciało jest świątynią” – przeczytałam, zapijając kawą wafelek czekoladowy. Oblizałam z palców czekoladę i zadumałam się. Znaczy – kibli dziś nie myję, bo to niegodne świątyni, no nie? Podłogi  w kuchni nie wyszoruję, bo jak wyżej…Zapaliłam więc sobie świeczkę o zapachu jabłka z cynamonem, umieściłam moją świątynię na kanapie (z należnym szacunkiem) i złożyłam ofiarę w postaci drugiego wafelka. Do takiego kultu należy podchodzić z powagą, nieprawdaż? Trochę się tylko martwię, bo jak tak będę czcić moją wewnętrzną świątynię, to za chwilę zbliży się rozmiarami do Lichenia….

Ale ludzie, zasłużyłam sobie na chwilę relaksu. Przez trzy dni szarpałam kawał ogródka, totalnie przerośnięty paprociami. Dzicz taka, że widły nie wchodziły. A ja sobie umyśliłam kulturalny zakątek z hortensji i azalii, przetykanych wrzosem rozmaitym. Musiałam zdążyć,  zanim mąż wróci z wyjazdu, bo zaraz zacząłby marudzić, że paprotki ładne i co mi szkodzą i niech ja tego nie tykam, bo on to sam zrobi, gdzieś pomiędzy pracą, wyjazdami a golfem. Jasne:-)

Ja kopałam, a obydwa koty z ogromnym zainteresowaniem gapiły się na każdy mój ruch. Siedziały obok jak wmurowane, a łepki im chodziły jak widzom na meczu. Bardzo byłam wzruszona, że nareszcie ktoś się interesuje moją pracą, do czasu, kiedy odkryłam powód. Kiedy już udało mi się przekopać i wyrównać solidny kawałek gruntu, Lulu obwąchała z uznaniem miękką glebę, po czym patrząc mi czule w oczy natychmiast skorzystała z tej pięknej, nowiutkiej kuwety….Chyba do sadzenia tych hortensji założę podwójne rękawiczki.

Mąż wrócił, pomruczał z wyrzutem „lubiłem te paprotki”, przepakował walizkę i pojechał. Wrócił po trzech dniach, wziął prysznic, przepakował walizkę i pojechał znowu. Chwilowo jesteśmy na etapie „wrócił”, a przed pakowaniem kolejnej walizki.

Misiek za to pakował się wczoraj na praktyki terenowe. Był szalenie podekscytowany: „Mamo, a wiesz, będziemy mieszkać w takim starym budynku, i tam są prycze z desek i nie ma ogrzewania, i często nie ma prądu, za to są szczury, a toalety tylko  w sąsiednim budynku, i tam jest totalne pustkowie i nie ma sklepu i musimy wziąć jedzenie na trzy dni i śpiwory….”

Po jaką cholerę my tak przepłacamy za hotele na wyjazdach wakacyjnych? Skoro nieogrzewane pustkowie ze szczurami, pryczami i wygódką na zewnątrz stanowi taką atrakcję?

No i tyle. Poza tym, że jeszcze raz usłyszę reklamę „Oto moja historia. Wyjątkowa jak mój biustonosz”, zacznę gryźć. Albo spalę moje staniki na stosie. Albo poddam się psychoterapii, która pomoże mi uwierzyć, że moje życie jest jednak ciut ciekawsze niż szmata na fiszbinach.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s