Sól ziemi czarnej

Biegałam dziś od rana, odkreślając kolejne punkty z poniedziałkowej listy. Kolejny punt zawiódł mnie do pobliskiego supermarketu na ekspresowe zakupy spożywcze. Pod supermarketem dwóch panów słusznej postury, ostrzyżonych na jeża, przechadzało się z transparentem. Transparent nieco falował im na wietrze, więc zatrzymałam się usiłując przeczytać wypisane tam hasła, ale zupełnie niepotrzebnie. Panowie głośno obwieszczali, o co chodzi. O uchodźców, rzecz jasna: „Poderżną nam gardła, zgwałcą nasze kobiety, zabiorą nam pracę i mieszkania, spalą kościoły…” Pan doskoczył do mnie ochoczo, domagając się podpisania jakiejś petycji czy listy.

– Musiałabym się poddać lobotomii, żeby to podpisać – powiedziałam odruchowo.

– Eee? – nie zrozumiał  pan agitator – Ale pani się zastanowi. To ważna sprawa, musimy wszyscy, razem, murem! –

– No właśnie się zastanawiam – powiedziałam powoli, słuchając, jak drugi pan tłumaczy przechodniom, że „do Afryki ich trzeba, bandziorów czarnych,  na statki wsadzić, niech wracają, skąd przyszli”

– Właśnie – rozpromienił się pan – trzeba nam prawych ludzi! –

– I serio chcecie ich nakłonić za pomocą takich haseł – spytałam niedowierzająco – tych prawych ludzi?

– No – odrzekł pan zwięźle i z prostotą.

Poszłam dalej, kręcąc głową i myśląc, że jaki ruch, tacy jego emisariusze.

 Ale właściwie to ja miałam o tej dosłownej soli napisać.

Misiek jada w szkole obiady. Całkiem jadalne i niedrogie, idealne rozwiązanie dla człowieka, który wychodzi z domu po szóstej rano i wraca o 16. Niestety tuż po rozpoczęciu roku szkolnego Misiek boleśnie zderzył się w nowymi rozporządzeniami ministerialnymi co do zawartości soli w uczniowskich posiłkach. Dwa razy pokornie zjadł danie, w którym, jak twierdził, nie dało się odróżnić smakowo ziemniaka od kotleta, ale w końcu się poddał. Poszedł do kucharki i rozpaczliwie poprosił o szczyptę soli. Kucharka rozejrzała się nerwowo po sali. Wyciągnęła z kieszeni fartucha solniczkę i konspiracyjnie podała ją Miśkowi, szepcząc – Tylko ciiii, i zaraz przynieś, żeby nikt nie widział –

Misiek twierdzi, że klimat był całkiem jak przy dilerce kokainą. Oczywiście wierzę mu, że skojarzenia ma wyłącznie filmowe. Ale na wszelki wypadek kupiłam mu małą solniczkę.

Teraz Misiek cieszy się dużą popularnością w szkole. Wszyscy chcą z nim siedzieć przy obiedzie. A Misiek wyciąga z kieszeni solniczkę i szepcząc – tylko ciiii – podaje pod stołem kolegom.

Trochę tylko się martwię, bo ostatnio zastanawiał się, po ile mógłby sprzedawać gram białego proszku pierwszakom…..

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s