bilans pocztowy

Uprzejmy Hindus z amerykańskiego hotelu bez wahania zaproponował odesłanie zapomnianego przez męża aparatu fotograficznego. Na ich koszt, rzecz jasna, nie ma sprawy, to dla nas przyjemność itp…

Przesyłka musiała wyglądać podejrzanie, bo zainteresował się nią polski urząd celny, który zatrzymał aparat na dwa tygodnie i po namyśle zażądał od męża opłacenia cła. Na szczęście znalazłam stary rachunek, bo bez niego mąż musiałby uiszczać cło za własny, kupiony w ojczyźnie sprzęt. Urząd uparł się jednak, że oddanie do rąk własnych jest zbyt banalne i nie zważając na półmetrową bliskość męża i przesyłki postanowił odesłać mężowi aparat do domu. Mąż oszołomiony ilością papierów i oświadczeń, które musiał podpisać, nie protestował.

Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Pokornie potuptałam więc na pocztę, żeby zakończyć wielotygodniową podróż naszego aparatu po świecie. Na poczcie jedno okienko. W okienku jedna pani. Przed okienkiem osiem osób, z czego połowa to emeryci z plikami rachunków za gaz i światło. Ale dzięki sprawnej obsłudze już po czterdziestu pięciu minutach wręczyłam pani awizo.

I zaczęło się.  Im bardziej zaglądała pani na zaplecze, tym bardziej nie było na nim paczki. Pani się zmartwiła. Ja też. Pani zadzwoniła do Krysi. Krysia odesłała ja do Janka. Janek stwierdził, że on paczkę dowiózł. Hania z kolei przyznała, że jej nie dostała. System mówił, że paczkę mam ja. Ale drugi system twierdził, że paczka leży w pobliskim miasteczku. Zuza z miasteczka też zaczęła szukać…..

Temperatura kolejki za moimi plecami zaczęła wzrastać do poziomów grożących wybuchem. Emeryci szemrali, a jedna starsza pani machała nerwowo kijkiem do nordic walking. Nieśmiało zasugerowałam pani, że może ja przyjdę później. Pani z wypiekami na twarzy odrzekła – Nie może być. Ta paczka musi się znaleźć! To sprawa honorowa –

Ubłagałam ja, żeby może obsługiwała klientów tak po troszku, między telefonami.

Pani niechlujnie przybijała pieczątki i przyklejała znaczki, w międzyczasie przerzucając się telefonicznymi inwektywami i sugestiami z Zosią, Jurkiem i Krysią. Sprawa otarła się już o pana Leszka, kiedy wreszcie wyszeptałam nerwowo, że naprawdę muszę iść.

Pani zażądała mojego numeru telefonu, zaklinając się na wszystko, że paczka się znajdzie. Uciekłam, ścigana wrogimi spojrzeniami tłumu. Dobrze, że nie mieli pierza i smoły.

Dwie godziny później pani zadzwoniła – Wiedziałam, ze się znajdzie! My  nic nie gubimy! –

Okazało się, że paczka, jak Pyza Wędrowniczka, sama na własnych nóżkach przetuptała na pocztę w sąsiedniej wsi.  Pani z okienka przysięgła, że nieważne jak, ale jeszcze dzisiaj dostanę przesyłkę. Zdaje się, mówiła coś o staniu na rzęsach i honorze poczty polskiej.

Godzinę później listonosz z sąsiedniej wsi zapukał do moich drzwi. Musiał nieźle nadłożyć drogi, bo to nie jego trasa. Kiedy wyraziłam wdzięczność i podziw, powiedział uprzejmie – To moja praca, proszę pani. Staram się ją dobrze wykonywać. –

I oddalił się, pobierając uprzednio opłatę manipulacyjną. Owszem, przesyłka nie została oclona. Jednak pobyt w magazynie urzędu celnego i karteczka z zawiadomieniem zostały wycenione na dwadzieścia osiem złotych polskich.

Nie umiem zbilansować tego pocztowego epizodu. Na plus wychodzi czy na minus? W sumie, o ile procedury jakby kuleją, to czynnik ludzki zadziałał bez zarzutu, nieprawdaż?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s