szok kulturowy

Wyszłam z gabinetu tak szeroko uśmiechnięta, że czekający w recepcji mąż zdaje się podejrzewał u mnie jakiś wstrząs bólowy. A to był tylko szok kulturowy w czystej postaci. Po Ketonalu i magicznych psikadłach dało się przeżyć, w każdym razie po ścianach nie chodziłam. Ale najbardziej znieczulający okazał się wstęp. Wyobraźcie sobie, jak w państwowej przychodni wchodzicie do gabinetu, a lekarz wstaje, ściska wam rękę, uprzejmie się przedstawia, po czym uważnie wysłuchuje całej skomplikowanej historii, starannie przegląda badania, nie traktuje was jak upośledzonych idiotów, ale używając prostej terminologii medycznej tłumaczy, na czym polega zabieg, czemu służy, co można zrobić z jego rezultatami i zapewnia, że postara się, żeby bolało jak najmniej. I faktycznie się stara.

Wyobraziliście już sobie? No, to teraz wymażcie ten kawałek „państwowa”. Aż tak daleko moja fantazja nie sięga. Za odpowiednią odpłatnością możesz otrzymać w gabinecie szacunek, kulturę, uwagę i troskę. Za grubą kasę otrzymujesz fachową pomoc, profesjonalny sprzęt, sterylną czystość i uprzedzająco grzeczne recepcjonistki. 

I kiedy przejęta relacjonowałam mężowi jeszcze raz – i słuchaj, on normalnie wstał i się przywitał -dotarło do mnie, w jak dziwacznej żyję rzeczywistości, że banalne, grzecznościowe gesty wywołują we mnie takie emocje.

 Państwowa służba zdrowia przeprowadziła mnie przez dwie operacje, dwa porody i kilka dłuższych pobytów w szpitalnym łóżku.  W trakcie tych procedur regularnie bywałam upokarzana, lekceważona, a przede wszystkim traktowana jak kawał mięsa do obróbki.

I żeby nie było – nie czepiam się warunków, na które lekarze wpływu nie mają. Nie czepiam się możliwości lokalowych, technicznych, sanitarnych i innych. To są bardzo ważne rzeczy, owszem, ale z mojego punktu widzenia nie najważniejsze.

Dlaczego ŻADEN, no przysięgam, żaden jak dotąd lekarz, z jakim miałam styczność w państwowej służbie zdrowia, nigdy nie wykonał takiego prostego gestu przywitania? Dlaczego jedyne spektrum zachowań wahało się pomiędzy rutyną,  ledwie skrywaną niechęcią do pracy i pacjentów a drastycznym infantylizowaniem tychże pacjentów? Dlaczego zawsze miałam wrażenie, że jestem dla lekarza górą w Tatrach (ech, te Tatry, tu byłyby takie ładne widoki, gdyby nie te góry…).

Mój przypadek był zawsze rozczarowująco banalny, albo irytująco nietypowy. Przypadek. Bo ja sama byłam tylko pętającym się na łóżku dodatkiem do karty, któremu nic się tłumaczy, bo nie zrozumie wszak, nie informuje, bo po co język strzępić, nie traktuje jak klienta/partnera do rozmowy/człowieka, bo ma na sobie szpitalną pidżamę.

Chwilami zastanawiałam się, czy to cecha wrodzona (jestem aspołecznym gburem, więc zostanę lekarzem) czy nabyta (vide moja teściowa, była nauczycielka klas początkowych, od lat na emeryturze, a wciąż nie może pozbyć się specyficznego tembru głosu, precyzyjnej dykcji i tendencji do tłumaczenia świata).

Przestałam się zastanawiać. Od lat w miarę możliwości finansowych unikam kontaktu z lekarzami opłacanymi przez Fundusz. I po cichu liczę na to, że zanim wiek zmusi mnie do przesiadywania w poczekalniach, ktoś napisze pracę na temat terapeutycznego wpływu uprzejmości lekarza na stan pacjenta. Bo chwilowo czuję się niemal uzdrowiona…

PS Wierzę, jestem tego wręcz pewna, że są lekarze, którzy nie zasłużyli na to, co napisałam. Szkoda, że nie trafiłam właśnie na nich.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s