Łosifer i jasełka

Łosifer przebija. Odkryliśmy to dopiero wczoraj wieczorem, po kolejnej dramatycznej przerwie w dostawie prądu. W połowie pieczenia wyrafinowanego ciasta, w połowie prania,  po chwili od zapuszczenia kolejnej pełnej zmywarki wyrażałam się brzydko o największym polskim dostawcy energii, włączałam korki (ta czynność, nietypowa raczej dla awarii prądu, jakoś nie dała mi do myślenia) i leciałam dalej z robotą. Ostatni blackout miał miejsce, kiedy wszyscy już kładliśmy się do łóżek. Nawet się ucieszyliśmy, bo udało nam się spędzić dziatwę do naszego łóżka i spędzić urocze chwile na kotłowaninie w pościeli i wygłupach, co raczej rzadko się zdarza z dwójką nastolatków na stanie. Kiedy jednak o północy znowu włączyłam korki, wreszcie powiązałam skutek z przyczyną. Faktycznie – nasz świecący reniferek, z powodu demonicznej niebieskiej poświaty nazwany Łosiferem, ewidentnie źle znosił nieustanne potoki deszczu i przebijał, i korki wywalał jak złoto. Łosifer został odłączony, a prąd po kablach leci  aż miło, ułatwiając nam przeżywanie świąt.

W tym roku podeszliśmy do sprawy kompleksowo, żeby zrekompensować sobie zeszłoroczny brak Wigilii. Mama jest głównym dostawcą cateringu, siostra zapewnia lokal i serwis, a ja zostałam kaowcem.

Główną atrakcją mają być jasełka w wykonaniu osób niepełnoletnich. Dlatego spędziłam ostatnie dni raczej nietypowo, klejąc diabelskie rogi i korony, wymyślając nakrycia głowy i akcesoria oraz przeprowadzając kolejne próby:

– Ola, trzymaj brzuch, bo Jezuska za wcześnie urodzisz –

– Misiek, jak umrzesz, musisz przepełznąć pod stołem za kulisy –

– Kuba, wiem, że masz kożuch, ale udawaj, że ci zimno –

– Lola, jak będziesz tak majtać tą kosą, to faktycznie kogoś skrócisz o głowę –

Ciężka praca, mówię wam, chociaż moi aktorzy wykazują zadziwiający zapał i talent godny Oskara.

W każdym razie będzie niezbyt tradycyjnie, za to smacznie i chyba dość śmiesznie.

Mam nadzieję na miły wieczór, bo zasadniczo jest ponuro i pisać mi się nie chciało. No bo co miałam pisać? Że wieje i leje? Że mąż pracy wciąż nie ma? Że ja prawie nic w grudniu nie zarobiłam? Że jakby trochę stresująco finansowo się robi? Że Lola właśnie skończyła brać antybiotyk, bo uporczywy kaszelek, który ją męczył przez dwa tygodnie okazał się zapaleniem płuc? Że boję się jechać na święta do teściów, bo siostrzeniec męża wychodzi ze szkarlatyny i jak mi zarazi Lolę, to mi żyłka pęknie?

Sami widzicie. Szkoda strzępić klawiatury na takie żale.

Za to piszę teraz z uczuciem i szczerą sympatią: bardzo, bardzo was wszystkich lubię. Tych, co piszą i tych, co tylko czytają, i tych, których czytam ja, często nawet nie komentując, tylko napawając się z cicha. Nie umiem nawet zliczyć, ile razy skorzystałam z waszych rad, sugestii, dobrych pomysłów, słów wsparcia i otuchy w trudnych chwilach.

Dziękuję. I wszystkim wam życzę takich świątecznych dni, które pozwolą na chwilę oderwać się od codzienności i kłopotów i poczuć.. no, tę magię powszechnie reklamowaną w TV…, albo przynajmniej odrobinę takiego zwyczajnego ludzkiego ciepełka.

choinka

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s