Wlazł kotek na p..arapet

Była ciemna, burzliwa noc. No, prawdę mówiąc, burzliwa nie była za cholerę, ale od dawna chciałam zacząć jakiś tekst w ten właśnie sposób.

Noc była jednakowoż zdecydowanie ciemna, późno listopadowa i mocno zaawansowana. Dokładniej rzecz biorąc wpół do trzeciej, czyli godzina duchów i tak dalej.

– Mamooo! – owionął mnie dramatyczny szept Miśka tuż przy uchu – kot spadł z parapetu! –

Komunikat przestawił mnie w ciągu pięciu sekund z fazy REM do fazy maksymalnego alarmu.

Słowem wyjaśnienia – okno Miśka jest na piętrze. Pod oknem jest daszek tarasowy. Kiedy koty wracają z nocnych wycieczek, wdrapują się na daszek, a z daszku na parapet, gdzie walą łapami w okno do czasu, gdy odźwierny Misiek nie wpuści ich do środka.

Lulu poślizgnęła się na parapecie i łupnęła z wysokości. Miśka dobiegło tylko echu rozpaczliwego miauczenia lecącej kici.

Misiek w panice, ja też, bo przed oczami mam już wizję rozbryźniętego na trawniku kota, albo kota zwisającego z rynny na strzępach futra albo zakrwawionych kocich zwłok na tarasie albo….no dobra, nie chcecie wiedzieć, jak działa moja wyobraźnia o wpół do trzeciej nad ranem.

Zestaw poszukiwawczo – ratowniczy składał się z jednego Miśka w bluzie naciągniętej na pidżamę i w trampkach na bosych nogach oraz z jednej Asi niechlujnie owiniętej w szlafrok i odzianej w adidasy. Penetrowaliśmy ogród zaopatrzeni w latarki i przenikliwie szeptane kici – kici w coraz bardziej nerwowej tonacji. Koci denat nie odpowiedziałby rzecz jasna, ale też raczej nie oddaliłby się z miejsca upadku.  Brak futra, krwawych plam i innych śladów organicznych wskazywałby na fakt, że kot w stanie niezbyt jeszcze ciężkim przeczołgał się gdzieś, żeby skonać w ukryciu.

Kiedy już szron zaczął nam pokrywać brwi, a rozliczne odsłonięte części ciała nabrały niebieskawego odcienia, Misiek znalazł naszą niedoszłą ofiarę w kępie iglaków. Wczołgałam się tam przejęta, wbijając sobie przy okazji kilo igieł w kolana, ale to nic, bo przecież skoro Lulu nie reaguje na wołanie, musi być naprawdę ciężko ranna.

Lukrecja odczekała, aż zanurzę się w iglakach dokładnie i boleśnie, po czym wyszła, niezmiernie z siebie zadowolona, na środek trawnika. Przeciągnęła się, demonstrując idealną sprawność, ziewnęła i spojrzała na nas z miną: ale-o-co-chodzi?.

Pamiętacie takie chwile, kiedy na przykład znajdywaliście swojego rozchichotanego czterolatka po kwadransie przeszukiwania placu zabaw? To dramatyczne rozdarcie między chęcią natychmiastowego uduszenia potomka za głupie dowcipy i zasypania pocałunkami z ulgi, że nic mu się nie stało?

Tak? Bo od razu mówię, że z kotem jest inaczej. Gdyby nie to, że tkwiłam w iglakach, futrzak miałby zaraz okazję wykorzystać następne z siedmiu żyć.

No dobra, kogo ja oszukuję. Lulu była szczęśliwa, że tak się świetnie bawiliśmy przy zabawie w chowanego i przeszła do drugiej zabawy, czyli wyścigu do michy. Potulnie nakarmiłam koteczka i wpuściłam pod własną kołdrę.  Takiego złośliwego gada. Ze spaczonym poczuciem humoru. Żmiję na memłonie.

Ale to okno chyba drutem kolczastym owinę. W końcu kot nie zawsze spada na cztery łapy, nawet TAKI kot, jak Lukrecja.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s