Sześć dni

Zaczęło się od kataru. Nie, najpierw było ZOO. Jakoś tak równocześnie.

Lola w ramach prezentu antykomunijnego dostała dwa dni wagarów z matką i możliwością spełniania życzeń.

Dzień pierwszy – ZOO. 32 stopnie w cieniu, a ja smarkam. W ZOO pylą topole czy inne gówno, biały puch fruwa naokoło jak rój komarów na bagnach. To wcale mi nie pomaga. Głośno wycieram nos przy pawianach, smarkam przy antylopach,  na wyspie goryli brakuje mi już chusteczek i siąpam w rękaw. Przy surykatkach łzy mi lecą ciurkiem. Wyglądam jak bojowniczka o wolność zwierząt i ludzie zaczynają się za mną oglądać, gdy chlipię i ocieram oczy, patrząc żałośnie na misie brunatne. Wcale ich nie żałuję, wyglądają lepiej ode mnie.

Lola bawi się szampańsko przy kolejnych wybiegach, lodach, sklepiku i innych drenujących kieszeń rozrywkach.

Dzień drugi – IKEA i centrum handlowe. IKEA – bo ukochane hot dogi Loli. Centrum – bo dziecko musiało nabyć sandały, żeby w tym upale nie pomykać w trampkach. Lola szczęśliwa w fazie naciagania matki na wszystko. Ja smarkam dalej. Żeby było weselej, dołączyłam sobie gruźliczy kaszelek. Gały wychodzą mi na wierzch, ale za to nie ma koło mnie tłoku w sklepach.

Dzień trzeci. Lola w szkole. Ja smarkam. Kaszlę. Mam wściekły nerwoból w kręgosłupie. Taka zabawa za każdym krokiem, czy uda mi się postawić nogę, czy się pode mną ta cholerna noga załamie. Bo ból lezie od kręgosłupa aż do kolana. Szlag.

Dzień czwarty. Bez zmian. Ach, jedna zmiana. Mój mozolnie i nieskutecznie leczony kanałowo ząb zapukał lekko, że coś nie halo. Zaczynam się trochę bać.

Dzień piąty. Chyba trochę przechodzi mi katar. Kuleję. Ząb krzyczy i wali pięścią od spodu. Dzięki temu wchodzę w niezwykle intymny kontakt z dentystą. Dentysta jest przystojny, elokwentny i potrafi bez drgnienia powieką powiedzieć „rewizja leczenia kanałowego to drobnostka”. A technikę ma zabójczą. Kładzie się na mnie oplatając ramieniem moją głowę i nieomal opierając brodę na moim czole. I tak sobie, ehhmm, boruje. Po pół godzinie zaczynam się czuć niezręcznie. Po godzinie mam zakwasy w żuchwie i nie umiem zamknąć ust. Chyba przykurcz mam.

Dzień szósty. Misiek wrócił z zielonej szkoły. Góra prania. Przeziębienie trzyma się mocno. Chodzić, chodzę, chociaż w przygarbie. Ząb nie boli, chociaż zaczynam tęsknić za dotykiem  mojego dentysty. Dobrze, że mąż jutro wraca….

Dobrze, że ten tydzień już minął. Trochę jestem zmęczona.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s