Spadajcie i wynocha

Spadajcie i wynocha- powiedziałam znękanym głosem do moich małoletnich. Ich ojciec świętował hucznie i przez całą noc na firmowej imprezie. A ja przez kilka godzin wygrzebywałam zapomniane resztki cierpliwości, żeby małoletnich nie skrzywdzić słownie i fizycznie. Większość cierpliwości zużyłam rano, usiłując dojechać do pracy. Droga z mojej zapadłej wsi do wylotówki na Warszawę zajęła mi bowiem trzy godziny. Po tych trzech godzinach,  głodna, zmarznięta i potwornie wściekła zadzwoniłam do firmy i oznajmiłam, że nie przyjadę, bo to nie ma sensu. Zima zaskoczyła mnie, drogowców i resztę świata, zwłaszcza tę resztę, która w idiotycznym kaprysie postanowiła zbudować dom na wsi, a pracować w stolycy.

Nagle dysponowałam więc dużą ilością wolnego czasu. Zrobiłam duże zakupy spożywcze, nabyłam mężowi prezent  podchoinkowy, a w przypływie szalonej rozrzutności kupiłam sobie grube, futrzaste buty do prowadzenia samochodu (albowiem nawiew na nogi mi nie działa, i po pół godzinie zamiera mi krążenie w kończynach dolnych).

Wniosłam do domu upiornie ciężkie siaty. Odśnieżyłam schody i ścieżkę. Rozpakowałam zakupy. Rozpakowałam i spakowałam zmywarkę. Nakarmiłam zwierzątka domowe. Umyłam łazienkę. Odkurzyłam. Zmyłam podłogę ze śniegowej brei, która się wytworzyła w międzyczasie. Pozbierałam stos ubrań. Załadowałam pranie. Następnie odebrałam dzieci z placówki opiekuńczo- wychowawczej, przebijając się przez zwały śniegu i zamarzając na 12-stopniowym mrozie (dzieci wracały w nastroju powolno- refleksyjnym, ciesząc się skrzeniem śniegu i przyległościami). Po powrocie dzieci postanowiły iść na sanki. Pomogłam się ubrać, owinąć, posmarować kremem, wyjąć sanki. Wyniosłam przy okazji worki ze śmieciami, torby zabawek do oddania i stare pudła. Odśnieżyłam schody i ścieżkę po raz kolejny, bo ciągle sypało. Zrobiłam jedzenie. Zawołałam dzieci do domu, pomogłam się rozebrać. Pozbierałam stosy mokrych butów i ubrań, rozwiesiłam do wyschnięcia. Wytarłam podłogę ze śniegowej brei po butach dzieci. Posprzątałam. Zagoniłam do lekcji. Przeprowadziłam krótki kurs liczenia na orzechach dla Loli i wysłuchałam, choć bez zrozumienia, wykładu Miśka na temat nowego otwarcia szachowego, którego się nauczył. Zrobiłam kakao i kanapki dla Loli, której zabawa wyostrzyła apetyt. Załagodziłam trzy spory, w tym jeden z rękoczynami. Nakleiłam jeden plaster, rozmasowałam stłuczone kolano, obejrzałam rozwalony na sankach paznokieć. Zrobiłam kakao, tym razem dla Miśka. Podałam Loli leki na astmę. Po kolejnej kłótni, kto jest głupkiem, a kto nie, i żądaniu następnych kanapek ( -i może jajecznicy, dobrze, mamusiu?-) poddałam się- moja cierpliwośc była już tylko wspomnieniem, a ja czułam, że za chwilę eksploduję. Wiem, wiem, nie dorosłam do standardów Matki- Polki, wykazałam się egoizmem i brakiem zrozumienia dla dziecięcych potrzeb. Ale w sumie okazało się, że potomstwo spławione przeze mnie niegrzecznie i z buta, w genialny sposób potrafi radzić sobie samo.

– Lola, daj mi poduszkę-

– Proszę, braciszku. A czy dasz mi to pudełko, bo nie dosięgnę?-

-Proszę bardzo. A pójdziesz bawić się w zapasy?-

Pełen Wersal. Z sypialni dobiegają wprawdzie przerażające łomoty i stęknięcia zapaśników, ale ja na kanapie, izolowana od wszystkiego, leżę, piję magiczną herbatkę na odchudzanie, zagryzam wafelkiem, żeby zachować równowagę biologiczną i czytam smakowicie książkę, któa od zawsze poprawia mi nastrój : „Życie wśród dzikusów” Shirley Jackson. Bo wiecie, ona miała czworo dzieci, a ja tylko dwoje.

W przerwach powtarzam sobie jak mantrę ” To się nazywa zdrowy egoizm, to się nazywa zdrowy egoizm…..”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s